poniedziałek, 9 listopada 2009

Zdobyczne

Nie mam ostatnio dzikiej fazy, na poszukiwanie nobliwych pocztówek, szczerze jestem tak przejęta obmyślaniem, kupowaniem tego co absolutnie niezbędne i zupełnie niepotrzebne dla Malutka i to mnie zaprząta w całości, że na dział allegro- pocztówki nie zaglądam wcale no chyba gdzieś od 6 miesięcy.
Jakoś przed chwilą poczułam, że może warto byłoby dla rozerwania jednak tam sobie zajrzeć. No i bez szukania w pierwszych kilku sekundach oglądania asortymentu sentymentalnego:) natknęłam się na moją małą czarodziejkę, która chyba także ma do mnie słabość. skoro mnie tak kusi i przyzywa. Prawda, że urokliwe ujęcia TPD girl(the photographer dauther), stałam się ich posiadaczką. Na drugim Mistery z rodzoną młodszą siostrzyczką.






piątek, 23 października 2009

Coś dla zajadłych poszukiwaczy Mistery Girl


Pewien miły, tajemniczy Dawid, którego tu pozdrawiam za namową swojej Siostry wysłał mi przed chwilą namiar na trwającą właśnie aukcję na ebayu z pocztówką naszej Mistery Girl, czasem prosicie o pomoc w upolowaniu jakiejkolwiek jej pocztówki oto i możliwość wzięcia jej w posiadanie. Mistery Girl może być Twoja

czwartek, 15 października 2009

Rejs


Dni kobiety będącej chyba szczególnie po raz pierwszy w ciąży, jeszcze bardziej kobiety po przejściach długich starań, szybkich utrat, trudności rozmaitych w trakcie, upływają przynajmniej tak jest u mnie na wielkiej świadomości upływającego czasu. Na odliczaniu tego czasu w sposób jaki dotąd się nie zdarzył nawet w oczekiwaniu na wiosnę po zimie,odkreślaniu połówek dni i całych dób. Cieszenia się, że czas tak szybko mija.



Dziś jak zawsze rano przy śniadaniu powiedziałam do męża na głos- "wiesz dziś mamy 22 tydzień i 5 dzień, w niedzielę zacznie się 24 tydzień....", och byle do przodu, byle dalej byle się udało byle do krytycznego 28, 30 tygodnia, potem dalej ku 40 tygodniowi.

Ostatnie przeżycia, niepokoje, pobyty w szpitalu, codzienne częste bolesne skurcze tylko zintensyfikowały takie moje podejście. Na kobiety przekraczające 30 tydzień reaguję westchnieniem -"ja też tak chcę, ja też..."
Tak sobie odliczam każdego dnia od początku ciąży i dziwię się sama sobie, że tak gnam pragnieniem ku przyszłości tracąc przecież cenny czas życia i każdy dzień tego szczęśliwego stanu, a jednak chcę by dni mijały migiem a luty, ach luty 2010, ten luty jawi mi się jako Ziemia Obiecana i bezpieczny port dla mojego burzliwego rejsu.

Dziś w pełni rozumiem słowa przyjaciółki po pierwszej stracie, będącej w kolejnej ciąży- "wiesz chciałabym zasnąć i obudzić się w samym dniu porodu". Choć szalenie szkoda byłoby doznań tego okresu bo są wyjątkowe, niesamowite, to rozumiem nazbyt dobrze to westchnienie.

Kiedy byłam na początku tej drogi liczył się dla mnie bezpośrednio ten najbliższy czas, wydawało się, że powodzenie całej ciąży rozstrzygnie się w najbliższych tygodniach.
Oby macica nie zapłakała znowu krwawo jak co miesiąc, oby nie zdarzyło się to z powodu niepowodzenia, aberracji chromosomalnej, zaburzeń czy blokady mojego ciała, kilka tygodni później gdy niby się udało.

Uprzedzana przez lekarza podczas 4 pierwszych wizyt jego własną rezerwą - "na razie bez euforii proszę pani, na tym etapie za wcześnie na zachwyt, wszystko się może zdarzyć", i wspomagająco raczona przez niego ponad tuzinem leków, zastrzyków na podtrzymanie ( które notabene biorę po dziś dzień), mówiłam sobie wtedy starając się o dystans i spokój czując, że Ktoś jeszcze nad tym czuwa oprócz mnie- "a więc byle do tego magicznego przełomowego 12, 13 tyg ciąży- to ten najbardziej niepewny okres gdy wszystko może się zdarzyć a potem już z górki zacznę tryumfować."
Właściwie,... i nie miałam z tym jakiegokolwiek problemu bo organizm sam się tego domagał starałam się przespać ten 3,5 miesięczny czas, nie podjęłam nawet na tym etapie zamysłu pisania ciążowego pamiętnika dla dziecka bo były obawy, że może zeszyt 16 kartkowy nawet to byłoby o dużo, za dużo... Udało się jednak bez jakichkolwiek problemów.
Łożysko przejęło kontrolę, organizm odnalazł się wreszcie w burzy hormonalnej. Dziecko okazało się kompletne i dobrze sobie radzące. Choć to niby oczywiste gdy chodzi o rozwój zarodka ludzkiego miało ku mojej radości nieopisanej:jedną główkę, dwie rączki, dokładnie dwie nóżki i obecny tułów.

Mówiłam sobie więc na tym kolejnym etapie bogatym też w inne - zawodowe przeżycia tak- zaczął się mój urlop nauczycielski, obroniłam mianowanego, z ciążą i dzieckiem wszystko ok: "teraz już będę spokojniejsza, wytchnę po tych wszystkich przeżyciach i emocjach..." , choć taki pełny spokój miałam osiągnąć według siebie gdy w końcu poczuję pierwsze ruchy dziecka.

Dopiero to przecież, poza pęcznieniem ciała, które może być jedynie wynikiem gazów w jelitach utwierdza kobietę, że w ciąży jest najprawdziwiej w świecie i że jej dziecko żyje , rusza się nie tylko w czasie sesji na usg.

To doświadczenie ruchów dziecka wydawało mi się zawsze czymś tak niepojęcie cudownym, doznaniem tak absolutnym, kosmicznym prawie i dla mnie nieosiagalnym, że mówiłam sobie i innym i Bogu - "już zaszłam, już jestem szczęśliwa, już wiem jak to jest poczuć się w ciąży, dziękuję dosłownie za każdy dzień, nie wiem ile jeszcze takich dni wspaniałych ale teraz proszę jeszcze tylko o to jedno jedyne doświadczenie-ruchu dziecka we mnie.... to będzie czymś dlaczego warto było to przeżyć choćby cokolwiek się stało potem."

Pierwsze zabawne odczucia pękania bąbelków w brzuchu przyszły wcześnie bo w 15 tyg, ciąży kolejny tydzień za tygodniem zwiększał intensywność niecodziennych doznań od małej rybki przepływającej w te i z powrotem i delikatnie łaskoczącej mnie ogonkiem od środka aż po konkretne chlapnięcia i zrywy tu i tam rybiego ogona dalej rzucania się po ścianach macicy małej ruchliwej ropuchy. Przedziwne odczucie, cudowne gdy doświadczysz go ty sama zdając sobie sprawę, że to magia pomieszkiwania człowieka w człowieku. Człowieka najdroższego Ci na świecie od tej chwili już na zawsze.

Wydawało mi się i z naiwnością dziecka mówiłam sobie i najbliższym relacjonując moje ówczesne nastawienie, że wejście w drugi koronny trymestr rozwieje wszelkie niepotrzebne obawy już całkiem i zacznę się w pełni rozkoszować czymś czym rozkoszować wcześniej w całej pełni nazbyt się obawiałam.
Nadchodził dla mnie czas, który nie znając go jeszcze z autopsji ciążowej codzienności i mnóstwa odczuć ciała i ducha, z którymi przyjdzie mi się zmierzyć, określałam "okresem gładkim i już z górki", charakteryzującym się jedynie powiększającym się brzuchem, intensywnością ruchów dziecka i czasem pełni energii witalnej - wielkim komfortem psychicznym jednym słowem ....z małym nieważnym minusem częstych zgag.
Jakże to płaskie wyobrażenie 2 trymestru z jego realnymi licznymi atrakcjami, radościami i niepokojami jakich doświadczyłam na własnej skórze i o jakich sie dowiedziałamod innych ciężarnych i matek.

W wyobraźni jedynie mogłam wspiąć się na palce na tyle, że widziałam się nareszcie dumnie obnoszącą się ze sporym już brzuszkiem, korzystającą z wielu przywilejów i rozrywek, które zapewniają sobie kobiety w ciąży - zwolnienie tempa życia, po pracy, której nie wykluczałam bieganie po sklepach w poszukiwaniu różności dla dziecka, długie spacery, wyjazdy w najpiękniejsze miejsca, prezentacje rodzinne - niech w końcu zobaczą i uwierzą, że i mi może wyrosnąć ciążowe brzucho, beztroskie ploteczki z przyjaciółkami, których dzieci już mnie nie doprowadzą do dzikiej tęsknoty bo swoje mieć będę tuż pod sercem, wyciągnięcie z szafy zbieranych obsesyjnie przez lata starań, ciążowych tunik i noszenie się w nich po ulicach dumnie w końcu kobieta w ciąży jest tak niebanalnie piękna - krągła nosicielka życia.

Miało być jednak inaczej...
Doświadczyłam co prawda tego co przeczuwałam, że jest udziałem kobiety w ciąży-zdziwień na temat nieprawdopodobnych transformacji jakie przechodzi własne, znajome dotąd w zachowaniach ciało, wszechobecnej troski najbliższego otoczenia, wyrażającej się w wyręczaniach, pytaniach od samego rana tymi i wszelkimi sposobami komunikacji nam dostępnej ,o stan mojego samopoczucia i choćbym nie wiem jak wyglądała przekonanych stwierdzeń jakże przyjemnie dla ucha brzmiących, że ciąża mi służy i wyglądam wprost kwitnąco:)
Doświadczyłam co prawda w zdumiewający wręcz sposób dla kogoś kto o tym tyleeeee marzył i oto teraz jest to dla niego normą od rana do nocy, czym są ruchy dziecka w brzuchu i muszę przyznać, nie spodziewałam się, że już na etapie minionego jakiś czas temu 21 tygodnia te ruchy okażą się tak konkretne, odczuwalne w większości przyjemnie i rozbrajające aż do ubawienia ale niekiedy odczuwalne aż do stopnia pojedynczych, choć nieprzesadzonych- "auuuuu" odgłosów z moich ust wyrywających się gdy brzdąc, kopnie niespodziewanie całkiem , w pełnym impecie zderzenia się jaskółki z szybą.


Drugi trymest nie okazał się jednak czasem gładkim, bez trosk, wręcz przeciwnie o ile wcześniej liczyłam dni jakby swobodniej mimo wszystko, to etap ten okazał się na skutek doświadczeń niepokojących odliczaniem zawziętym, gdy okazało się, że szyjka sobie nie radzi, skraca się i trzeba ją wspomagać natychmiast zabiegiem. Potem pamiętny krwotok, niefortunności te owocujące decyzją lekarza, że mogę zapomnieć o długich spacerach, zakupach, wysiłku, pracy zawodowej, że powinnam leżeć non stop, że skurcze mogą być początkiem przedwczesnej akcji porodowej i zaprzepaścić wszystko do czego doszłam w tej wędrówce ku dziecku.


Wszystko jest inaczej, nie tak jak możnaby przewidzieć. Nierozsądne i racjonalne lęki tej wędrówki, do których moja głowa skora są odczarowywane zamieniając się w uspokojenies bądź radość, że nic takiego nie miało miejsca a wszelkie pewniki i oczywistości są przekreślane niekiedy jednym ruchem kolejnych wydarzeń.

Tyle jeszcze tych tygodni przede mną decydujących choć powtarzam sobie tydzień za tygodniem :"byle do rozwinięcia się płucek, byle do zdolnej do uratowania dziecka wagi ok. 700gram, byle do kilograma, byle jeszcze i jeszcze trochę..."

Wczoraj kiedy już zmęczona niepokojami nachodzącymi mnie od ostatniej wizyty u mojego lekarza spowodowanymi dziesiątkaminiepokojących objawów(powinnam mieć ginekologa kieszonkowego łącznie z podręcznym sprzętem usg) , znów roiłam sobie wszystko co nie po mojej myśli-podczas badania i połówkowego usg, rozbroił to wszystko jednym wyrazem twarzy nasz synek patrząc na nas z prawdziwie anielską beztroską spoza zamkniętych powiek.




widzicie tę wyprostowaną rączkę?

Pomachał rączką, powierzgał nóżkami, tu fiknął na wizji, tam odkopnął: okazał się zdrowy, żywotny, nader duży 685 gram i funkcjonujący bez zarzutu oraz co znowu dla mnie budziło wcześniej nierozsądną wątpliwość: absolutnie kompletny nie tylko z rączkami i nóżkami, paluszkami nawet pięcioma u każdej kończyny ale też 4 komorowym sercem, kompletnym podniebieniem i symetrycznym mózgiem oraz wszelkimi detalami takimi jakie u dziecka 23 tygodniowego być powinny. Uffff westchnęłam tylko z euforią w sercu znów odczarowując w mojej głowie kolejny etap do przeżycia- przełomowe badanie połówkowe, od ktorego do wczoraj całe moje życie i los dziecka miało zależeć.
O dziwo też mimo wciąż niepokojących dyskomfortów brzucha, bolesnych skurczy po kilkanaście razy na dzień, które sprawiają, że się zwijam w muszelkę i nie są dobrym znakiem- leżenie i oszczędzanie się wydłużyło mi szyjkę o ! centymetr ......zamiast spowodować, co jest tego efektem, że znajdę się o kilka kroków od zagrożenia przedwczesnym porodem.

Zakupy po sklepach, o których marzyłam dla dzidzi nie staną się kompletnie moim udziałem, za to allegro i zakupy internetowe dla dziecka praktykuję nazbyt namiętnie, ciasne mieszkanko napełnia się w szybkim tempie różnościami, wymarzony kącik dla dziecka meblować będę w przyszłości nie swoimi rękami niestety, wydając komunikaty mężowi gdzie co być powinno , połowa efektownych ubrań ciążowych, które miałam prezentować latem, jesienią i zimą pozostanie w szafie, gdyż wychodzę gdy jest taka konieczność tylko tyle co do samochodu pod samym blokiem by dojechać do lekarza lub uparcie na mszę co niedzielę podwożona tymże samochodem pod same wrota.

Kolejny pomysł na choćby leniwy weekend poza domem w naszym ulubionym Turowie spalił na panewce 2 tygodnie temu i już nie dojdzie do skutku, szkoła rodzenia ponoć najlepsza i pasjonująca w przebiegu zajęć, która wybrałam i opłaciłam będzie musiała obyć się beze mnie mimo wielkich chęci bo lekarz nie pozwolił mi na nią uczęszczać z racji dłuższej jazdy samochodem...

Oj jest zupełnie inaczej niż to co sobie ułożyłam w czupurnej główce ale myślę sobie, że to wszystko nic,to pestka, pesteczka bo przecież czas stale płynie nawet teraz gdy od tylu godzin piszę te słowa i z każdą chwilą zbliża mnie do portu i wiecie co, leżąc tak bezczynnie można dorastać, nabierać większego rozsądku bo wniosek osiągam taki: mogę nawet leżeć do lutego w tym samym łóżku, z tym samym przewidywalnym grafikiem spolegliwego dnia, pomiędzy pilotami od telewizora, komórką, stacjonarnym, laptopem, książka o wychowaniu dziecka w zgodzie z instynktem i naturą a muzyką Vivaldiego stymulującą jego harmonijny rozwój, mogę wiele znieść a nawet więcej byle móc dotrwać, odliczać już po 30 tyg. z nieco większym spokojem, choć ciągle nie wiedząc co jeszcze mnie czeka w ciążowym okresie, w końcu ostatnie dni 38, 39 tygodnia... żegnając 28 stycznia, 29 stycznia... by w okolicach 1 lutego czy jak to się tam realnie potoczy osiągnąć szczęśliwy finał, port i przystań- spojrzeć własnemu dziecku w twarz.

poniedziałek, 12 października 2009

Metafizyczna przesyłka

Sobotni poranek, przywykła do leniwienia się całodobowego w pościelach ostatnio(oj marzy mi się dać w końcu gdzieś nogę i pójść jakąkolwiek drzewiastą aleją na powitanie jesieni wdychając wilgoć powietrza lecz cóż dopóki lekarz nie zezwoli nic z tego), słyszę pukanie do drzwi...
Otwiera mąż - listonosz...- do małżonki przesyłka.

Patrzę na nadawcę.... Otwieram kopertę i robię wielkie oczy czując napływ wzruszenia...
Napisała do mnie najzwyczajniej jakby listem a poezją swoich wierszy zebranych w małą książeczkę Alicja z Arte Ego.

Alicja Radej -"Odgłos deszczu".

zrobiłam tę kompozycję z poezjami Ali na szybko choć mam nadzieję, że nie urąga to zdjęcie dorobkowi poetyckiemu Alicji i jej gustom, mogę bowiem robić krótkie kursy do wc , kuchni i z powrotem, uspokajam, i Was i Alicję, że nie pokropiłam wodą tomiku tylko szybkę, którą położyłam na nim.


Na pierwszej stronie specjalna wyjątkowo brzmiąca dedykacja dla mnie- Zaskoczyła mnie Alusia zupełnie jedno z racji niespodziewania się takiej przesyłki zupełnie, drugie, że była tak twórcza i tak odważna, że odważyła się wydać swoje wiersze( moje dotąd jedynie wdychają duszny zapach szuflady), trzecie co już znajome lecz pogłębiło się w mojej świadomości, że ona pisze tak wrażliwie, kobieco i metafizycznie o tym co znajome, co tak nieobce przecież dla mnie o czym i mi o dziwo zdarzało się pisać choć inaczej.



***
wykluta z ziemi
pazurem głodu
wybieram
z gruntu prawdziwe
ziarna

każde smakuje
inaczej

autorstwo: Alicja Radej



Homo Sapiens

w pancerzu umysłu
stoję na straży własnej odrębności
skarb z którego jestem dumny
ma wielką wagę
jak kula u nogi

linia demarkacyjna między mną
a światem krwawi
gdzie pojedynczy odgłos kropli
popłynie rzeka

wszystko ma właściwą naturę
wszystko?

nie potrafię porozumieć się z kwiatem
ptakiem
sobą
nie potrafię odchodzić w zmrok
z naturalnością słońca

autorstwo: Alicja Radej

Dziękuję Ci z całego serca Alu- taka dawka wsparcia i siły dla mnie w tym osobliwym poetyckim liście.

środa, 7 października 2009

Twórcza zabawa programem Photo Scape

Zaglądając na zaprzyjaźnione blogi szwedzkie czy jak najbardziej polskie spodobało mi się prezentowanie z rzadka co prawda ale jednak, zdjęć na dany temat w jednej zbiorowej mozaice, która pozwala by sama wielość motywów potęgowała miłe dla oka wrażenia całości obrazu. Od Globalistki dowiedziałam się, że taką możliwość daje prosty programik darmowy Photo Scape i dziś z okazji męczącego leżenia i oszczędzania się bo leżę sobie nadal ale dość owocnie przyznam w ostatnich dniach, o czym może jutro napiszę, z tej okazji dałam się pochłonąć przez program bawiąc się w łączenie zdjęć. W tym celu zajrzałam do kilku swoich uzbieranych folderów w poszukiwaniu pasujących mi do prezentacji motywów i powstały te prace. Jak zawsze zdradzają one trochę moje marzenia, tęsknoty ale też to co jest już moim udziałem. Może programik ten i Wam pomoże wzbogacić szatę swojego bloga lub innej przestrzeni, którą tworzycie a na pewno pomoże Wam zaprezentować na raz większą ilość zdjęć na raz.



















Anielska Mistery Girl


Jakieś 2 miesiące temu pewna miła podczytywaczka podesłała mi kolejne cenne znaleziska naszej małej, ślicznej i tajemniczej we wcieleniach anielskich. Październik poświęcony jest refleksjom nad światem aniołów więc akurat coś w sam raz w tym temacie.
A na marginesie od kiedy jestem w ciąży przybyła mi kolejna modlitwa do anioła stróża bo mam przy sobie teraz obstawę dwóch takich z pierzem mojego i synka i dlatego z mężem każdego wieczoru zaklinamy i anioła synalkowego co by go strzegł rano we dnie wieczór i w nocy.



podobnych wersji tego motywu jest chyba z dziesięć

poniedziałek, 28 września 2009

Aktualności


Pytacie na priva i nie tylko- co u mnie...Milczenie jakoś chyba zawsze coś znaczy w moim przypadku...tym razem też ale o tym za chwilę...


Starałam się dotąd nie wspominać zbyt często o swoim ciążowym stanie i wielu zmianach, które zapoczątkowuje lub sprawia w naszym życiu ta nowa dla nas epoka. Jasne, że wiele się dzieje,że stopniowo inicjujemy wiele drobnych zmian w naszym życiu, począwszy od drobiazgów, po sprawy większej wagi.

Te jednak kilka lat doświadczenia braku, ten stały dotąd towarzyszący mi stan bólu za samym stanem ciąży nawet, za własnym dzieckiem uwrażliwiły mi serce na możliwe w sytuacji tym razem mojego spełnienia, odczucia innych kobiet- tych z nadal pustą dziuplą w brzuchu, dotąd nie zaznających odczucia nieśmiałego furkotu pisklęcych skrzydełek ćwiczących się do wylotu. To trudne nie doświadczać czegoś upragnionego czego bez problemu najczęściej doświadczają wszyscy inni. To bardzo, bardzo trudne...
Na skutek odwiedzin na moim blogu i tamtego postu spotkałam się w ostatnich tygodniach z odzewem wielu takich właśnie kobiet, opowiadających mi swoje historie bólu bezdzietności i męki czekania na dziecko-czekają wyobrażacie sobie czasem po 6,11,15 lat nadal wypatrując dla siebie nadziei, takich kobiet, małżeństw w cierpieniu jest tak wiele... aby ich nie ranić sobą obecną, trudno mi pisać ze swobodą o tych aktualnych odmienionych od tamtego okresu dla mnie sprawach.

Mąż często mówi, że przesadzam z tą empatią, że przypisuję innym nadwrażliwość jaką mam sama ale ja nie umiem tego zlekceważyć.
Chciałabym wręcz prosić by te dziewczyny, tutaj napisały, dały mi pozwolenie jeśli czują, że moja powściągliwość w tym temacie jest zbędna i udzieliły mi zielonego światła na dzielenie się od czasu do czasu szczegółami moich przygotowań do przyjęcia dziecka. Takie mam bowiem opory ze względu na ich uczucia by pisać o tym swobodnie, że no ciężko mi to przeskoczyć bez myśli, że może kogoś ranię..
Co do wydarzeń ostatnich...
Towarzyszyło mi w ostatnich tygodniach sporo silnych przeżyć-nowy rozdział w życiu wciąż oprócz niedowierzającej radości każdego dnia, odczuć i zaskoczeń płynących z wnętrza ciała , przynosi mi tak samo szczyptę lub garść niepokoju, zdarzyło się, że i dziki przestrach-czuję niekiedy jakbym niosła w swoich dłoniach cenną kryształową kulę a moje ciążowe dni wcale nie wiodą tylko po wygładzonych,zamiecionych, asekurowanych ścieżkach jak można by sobie wyobrażać na podstawie tego jak pokazuje się ten szczególny etap życia kobiety w zaniebieszczonych od błogostanu ciążowego magazynach dla brzuchatek. Perspektywa kobiety w tym stanie zmienia się kompletnie, moje wyobrażenia najbardziej rzetelne , opinie utwierdzone o tym stanie, duża wiedza medyczna od oczytania jak mi się zdawało po tylu obserwacjach innych bliskich mi kobiet, przeżywających swoje rozmaite ciążowe perypetie to wszystko co dotyka teraz na codzień, nie jest wcale takie znowuż przewidywalne, fizjologiczne, oczywiste, naturalne i proste. Bywa zaskakujące, niepokojące i oprócz spełnienia , które trudno podważyć bywa momentami takie trudne, bywa rozdziałem przeżyć naprawdę wytrącających wszystko z rąk.

Niosąc tak cenny nabytek można by się potknąć i go utracić, stłuc, zaprzepaścić i co wtedy myślę sobie często tak czysto po ludzku całkiem się zapominając w mojej trosce , a prawda jest taka, że jestem przecież zbyt mała i nieudolna na to by upilnować tylko swoimi heroicznymi nawet wysiłkami taki rzadki dar życia jaki został mi podarowany.

Ostatnie wydarzenia były takimi właśnie lekcjami dla mnie trudnymi ale uczącymi tej prawdy.Nie mam nad tym wszystkim kontroli.

Gdy już sądziłam że najtrudniejszy i najbardziej niepewny pierwszy trymestr ciąży mam za sobą, nieco odetchnęłam ale i tak oczywiście zachowując ostrożność, tę moją wyjątkową ostrożność osoby, która bardzo boi się, że pozytywne myślenie może z niej zakpić więc zawsze asekurującą się ostrożnym niedowierzaniem zdarzyło się to właśnie. Wzięłam zwolnienie z pracy aż do rozwiązania,Nie forsowałam się zupełnie, polegiwałam mnóstwo, dbałam o siebie maksymalnie i całe otoczenie mnie w tym wspomagało a mimo to 9 września usłyszałam nakaz lekarza zameldowania się nazajutrz skoro świt do szpitala na konieczny jak się okazało mimo mojego chuchania na siebie zabieg założenia szwu na szyjce w znieczuleniu ogólnym. Jasne, że bałam się o tę kruszynę we mnie-to jednak stresujące przeżycie, nie wiem czy takie uśpienie ma podobny na dziecko jak na matkę wpływ usypiająco- otumaniający ale nie czułam się dobrze jeszcze przez kilka godzin po wybudzeniu. Kilka dni poleżałam jeszcze na patologii poznając ciekawe historie łóżkowych sąsiadek, wypisano mnie z dobrymi prognozami. Wróciłam do domu z nakazem oszczędnego trybu życia a na początek mimo wszystko leżenia. Leżałam więc posłusznie, z całym przekonaniem dla dobra sprawy.

Tak minął spokojny tydzień, w sobotę też leżałam sobie jak zwykle jednym okiem skierowana w laptop zainstalowany przez męża na stoliku łóżkowym, tym samym na którym te słowa piszę teraz, drugim okiem wpatrzona w jakiś program telewizyjny gdy nagle poczułam wyraźne ciepłe plum... zamarłam, poszłam skamieniała z niepokojącego przeczucia sprawdzić co to, gdy zobaczyłam sporej wielkości kroplę krwi przeraziłam się. Nie zdążyłam przeanalizować możliwych przyczyn pojawienia się tej kropli krwi, gdy w następnych sekundach żywo czerwona krew zaczęła sączyć się ze mnie wartką strużką.

To były sekundy, panika, szalony strach, krew zaczęła ze mnie porządnie płynąć, pierwsze możliwe skojarzenie: Jezus Maria- ronię, drugie...łapiące się nadziei- może szew puścił. Mąż zadzwonił po pomoc. Położyłam się tak jak stałam w łazience na podłodze jakby chcąc zatrzymać w sobie tę krew i to dziecko jak najdłużej. Mężula biegał po mieszkaniu szukając książeczki zdrowia. W oczekiwaniu na pogotowie przez głowę przepływały zrozpaczone myśli: czy to już koniec mojego szczęścia, to tak miał wyglądać mój wielki cud, tyle miał trwać... oraz myśl jak wyrok- nigdy już przenigdy nie ośmielę się marzyć o własnym dziecku, to za bardzo boli...

Pudel Franek lizał mnie współczująco po twarzy nie rozumiejąc czemu tak leżę i jęczę zrozpaczona...Przyjechało pogotowie, znoszenie na noszach z drugiego piętra i moment, że niechcący nieomal by mnie zrzucono z tych noszy, wyścig do szpitala starą rozklekotaną karetką, uparte milczenie ratownika gdy tak potrzebowałam słów otuchy - samotność w najczystszej postaci, niepewność wszystkiego.

Najbardziej obawiałam się czy usłyszę jeszcze jego serce, serce mojego chłopczyka nadal bijące-to było jak czekanie na wyrok życia... biło jednak...To mnie podniosło wewnętrznie znacznie, jednak dyskomfort doświadczania takiego krwotoku w ciąży źle działał na moje dalsze emocje.

Rozważano rozmaite przyczyny krwawienia, których skutek mógł zaważyć przecież wciąż na życiu dziecka w kolejnych minutach. Myślano z początku, że może łożysko się odkleja, może sączące się wody płodowe wraz z krwią potem jednak stwierdzono dzięki usg i badaniom z dużym prawdopodobieństwem, że musiało chyba dojść do pęknięcia jakiegoś naczynia znajdującego się w pobliżu szwu. Nie sposób jednak było znaleźć tego miejsca bo świeża krew zalewała wszystko w ułamku sekundy. Oczyszczano mnie na bieżąco ze świeżych skrzepów by wypatrzeć cokolwiek, na darmo. Gdy nastąpił jednak moment, że lekarzom wydawało się, że opanowali wstępnie sytuację i nakazali bezwzględne leżenie i czekanie na efekt okazywało się, że nic podobnego pozycja horyzontalna jedynie łudzi oko a świeża krew sączy się i tak bez przerwy.

Zrobiło się po tych 10 godzinach krwawienia naprawdę nie na żarty. Lekarze zrozumieli, że o żadnym samoistnym skrzepnięciu mowy już nie będzie i że robi się niebezpiecznie. Brałam niestety od początku ciąży nakazane przez lekarza leki na rozrzedzenie krwi i to choć wspomagało ciążę dotąd, gubiło mnie w tej sytuacji. Nic nie zasklepiało się.

Urządziłam tam prawdziwą małą rzeźnię: krew kapała obficie po podłodze, spływała po nogach, wieloma strużkami. Bez utwierdzania mnie co jakiś czas sprzętem do usg i kontrolującym emocje spokojnym przemawianiem, że dziecko żyje i że wbrew pozorom człowiek wykrwawia się powoli chyba bym postradała zmysły z niepokoju i strachu.

Prognozowano zszycie żyły w kolejnym jak trzeba znieczuleniu ogólnym. Dla dziecka 20 tygodniowego to jednak potężne obciążenie tak raz po raz tydzień po tygodniu - narkoza. Po północy użyto wreszcie czegoś czego się ponoć nie robi w ciąży – tamponady uciskowej. Całą noc byłam pod czujnym okiem personelu w osobnej oszklonej sali, sprawdzano czy nie krwawię, mierzono mi ciśnienie co pół godziny, kroplówka, cewnik, basen, nakaz nieruszania się w łóżku przez ponad 24 godziny. Modliłam się wręcz na głos o ratunek. Udało się. Byłam jednak tak osłabiona tracąc około 450 ml krwi, że kolejne dni w szpitalu pomagano mi wstawać i dopełznąć do toalety. Litry soku z buraczków pite duszkiem i żelazo na odbudowanie krwi... pomagają, odzyskuję siły.

Jestem już w domu. Znów czasowy nakaz leżenia i tylko do wc.- wielkie ograniczenie swobody. Jednak doceniam bardzo ten obecny stan w domu bo były już przecież długie bezradne godziny zupełnego bezruchu, że nawet głowy nie wolno mi było podnieść z łóżka by się napić, a upokorzenie basenu na oczach innych było jedyną możliwą alternatywą .

W tym wszystkim najlepsze jest to, odnoszę takie wrażenie, że mój maluszek ruszając się od tamtych dni coraz intensywniej, żywotniej nic sobie z tego wszystkiego nie robi, żyje sobie w najlepsze po prostu. Czuję też, że Bóg chyba naprawdę potężnie chce dla mnie tego dziecka i daje mi na to namacalne kolejne dowody jakby w odpowiedzi na moją asekuracyjność i głupiutkie przeświadczenie, że sama mam jakąkolwiek władzę i kontrolę nad tym co się dzieje w tej ciąży.