Mój Zakamarek-to moje zaciszne miejsce, w którym czuję się bezpiecznie, mój dom z tym wszystkim co tworzy jego klimat, moi bliscy, moje psy, moje urokliwe miejsca, moje pasje, mój wewnętrzny świat, w którym dzieje się tyle. W tym cichym zakątku, wśród codzienności dokonują się właśnie niepozorne cuda - każdego dnia. Każdego dnia coś się wydarza, nawet gdy jest to tylko drobnostka - coś każe przystanąć, pomyśleć, coś zachwyca, coś wzrusza, dotyka serca w przeróżny sposób, czasem tylko muśnie subtelnie niczym skrzydłem motyla... I to są właśnie te różności, które chcę tu zatrzymać- by nie straciły swej mocy, by nie zblakły - utracone w czasie.
Fryzjer oczywiście. To jednak nawet nie tak, że potrzebowałam poprawić sobie nastrój poprostu poprawić wygląd choć jesienna aura daje mi się we znaki co roku dość mocno i entuzjazmem nie kipię. Ulegam i poddaję się ulegle nastrojom jesieni. Włosy, które lubię mieć długie co by było kobieco i romantycznie zaczęły mnie najzwyczajniej drażnić, ich długość, odrosty i kolor.Wszystko.Patrzeć już na siebie nie mogłam. Od kiedy zaczęłam w ogóle uczęszczać do fryzjerki bo dotąd radziłam sobie przez te 30 lat jedynie domowo i fryzjera po prostu nie znałam absolutnie, od kiedy zaczęłam uczęszczać do speca w tej dziedzinie - włosy zaczęły mi rosnąć jak oszalałe-ok 3 cm na miesiąc. Postanowiłam, z kilku dodatkowych powodów- odwiedziny rodziny, że właśnie dziś włosy z kawałkiem mojej tegorocznej historii opadną na ziemię jak te jesienne liście i sprawię sobie taką mała osobistą atrakcję. Jakoś tak mi fajnie i lekko i świeżo dzisiaj więc się tą przemianą dyskretnie się z Wami podzielę.
zdjęcie pstryknięte samej sobie z ręki na czuja, więc o świadomym kadrowaniu mowy nie ma
Od jakiegoś czasu nosiłam się już z myślą, żeby napisać tu, że brakuje mi w naszej telewizji przesyconej nadmiarem akcji, brutalności i seksu bez domieszki czułości- cyklu "W starym kinie". Te filmy, ten zaklęty w nich czar minionych lat już bezpowrotnie utraconych został wpisany trwale we wspomnienia mego beztroskiego, jasnego dzieciństwa. W erze kiedy nasz domowy telewizor był skromnie czarno - biały te oszczędne w środkach wyrazu czarno białe kino nadawało takiego niezwykłego kolorytu, mojemu dorastaniu, takiej sublimacji sprawom, których wtedy nie pojmowałam, a które działy się w niepoznanym świecie dorosłych.
Kiedy w telewizji pojawiała się charakterystyczna czołówka z postacią gentelmana w meloniku podążającego żwawo w kierunku starego kina i ta specyficzna melodyjka, od telewizora nie można mnie było odegnać.Zastygałam i z lubością oglądałam i mogłam te filmy oglądać po raz drugi, trzeci, czwarty bez znudzenia.
Pamiętacie może- cykl ten prowadził pan w ciemnych okularach (S. Janicki) o przenikliwym głosie, wibrującej głosce "r", który tak barwnie, fascynująco opowiadał o dawnych filmach i aktorach.To dzięki staremu kinu mogłam spotkać się przez pośrednictwo szklanego ekranu z tak wybitnymi w ówczesnych latach postaciami aktorskimi jak charyzmatyczny Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza, Helena Grossówna, Mira Zimińska, Michał Znicz, Hanka Ordonówna, Tola Mankiewiczówna, Aleksander Żabczyński.
Filmy pokazywane w tym cyklu nie były może kinem wysokich lotów np. takim z podwójnym dnem, czy psychologicznym zacięciem jakie bardzo lubię, to były raczej lekkie komedie, najczęściej romantyczne, urocze i czarowne właśnie dlatego, że pokazywały świat, jakiego już nie ma, inny sposób mówienia, opowiadania, akcentowania, inne bardziej wysublimowane poczucie humoru, ludzi, którzy żyli jakgdyby piękniej i w spokojniejszych czasach. W tych filmach kobiety posiadały klasę i elegancję nie tylko dzięki pięknym kreacjom i misternie ułożonym fryzurom, posiadały jeszcze to coś dostojnego i eterycznego w sposobie bycia co dziś trudno byłoby wyszkolić drogą naśladownictwa. Panowie zaś byli niezwykle szarmanccy, mieli maniery, jakich dziś nie uświadczysz nawet od najkulturalniejszego mężczyzny. Chodzili we frakach, ostatecznie w garniturach, z chusteczką w butonierce, grzebyczkiem w kieszonce, w pełnej gotowości jego użycia gdy zajdzie potrzeba przygładzenia wypomadowanego włosa. Przynosili swoim kobietom bukieciki, pisali liściki i śpiewali piękne piosenki chcąc oczarować wybrankę swojego serca.
Mnóstwo było w starym kinie humoru sytuacyjnego, przezabawnych akcji, komicznych osobowości z jakimś narowem czy tikiem nerwowym, zaskakujących intryg, podmian osób, komedii omyłek. Te filmy sprawiały prawdziwą przyjemność oglądającemu, dawały szczególne poczucie zrelaksowania, zarażały pogodą ducha. Towarzyszył im szczególny nastrój, trochę taki jakby oglądało się je z leciwego projektora filmowego siedząc w prawdziwym starym kinie, na pożółkłym ekranie, gdzie porysowana taśma niekiedy wręcz zrywa się z rolki, zacina, przeskakuje, słychać jakieś trzaski, dźwięk projektora.
W starym kinie nikt już dziś nie zagra na pianinie...śpiewano- ach jaka szkoda. Tęsknię do tego, po prostu tęsknię i mam zamiar zacząć się rozglądać za filmami tego gatunku- może na allegro bo widzę, że nasza telewizja publiczna zaniedbała sięgania do tak odległego lamusa?
Pojawiły się u mnie w domu jakiś czas temu jako kompromis między moją potrzebą wszechobecnej dekoracyjności w mieszkaniu, a funkcjonalnością i praktycznością bez której priorytetu życie domowe staje się utrudnione, czasem bardzo utrudnione a sama dekoracyjność przestaje na co dzień wystarczyć i cieszyć.
Na razie zakrólowały w naszej życiowej przestrzeni worki i schowki na potrzeby kuchenne ale mam w planach spejalne woreczki na różności do innych pomieszczeń. Worki bawełniane akurat z tej serii kuchennej spodobały mi się bardzo bo oprócz tego, że nareszcie są jakąś atrakcyjną propozycją odejścia od brzydkich pospolitych reklamówek nader często wykorzystywanych w kuchni do przechowywania, bo są bardzo estetyczne, mają ładne czytelne obrazki, że już nawet dziecko by wiedziało gdzie co jest, to także ma edukacyjne podpisy angielskie, przeznaczone są na konkretne produkty to też są do ich przechowywania specjalnie dostosowane a więc jak najbardziej funkcjonalne. Worki są uszyte po pierwsze z bardzo mocnej tkaniny.Te na ziemniaki na przykład mają dodatkowo specjalne czarne wypełnienia, są wyściełane w środku specjalnym materiałem aby ziemniaki miały zupełnie ciemno i sucho co ma zapobiec wypuszczaniu korzonków, podobnie jak worek na warzywa mają suwak u dołu by móc bez rozszerzania ściągaczem góry pojedynczo swobodnie wyjmować warzywa.
Te do pieczywa zaś mają folię zabezpieczającą przed wilgocią i pleśnią, te na bułki lub bagietki mają rzep pozwalający na regulację wielkości worka i robienie zakładki gdy nie potrzeba nam worka aż tak przepastnego.
tu kompromis głębszy jeszcze między funkcjonalnością a praktycznością niemal mąż dodatkowo chciał mieć chlebak z prawdziwego zdarzenia więc cóż dokupiłam niech ma
Parę dni temu dokupiłam sobie pewien niezwykle funkcjonalny schowek bawełniany, którym zainspirowała mnie jakiś czas temu telewizyjna Anthea Turner. Otóż służy on do przechowywania worków foliowych- wkłada się je od góry wyciąga dołem. Rozwiązanie banalne a jakie praktyczne.
Mam wrażenie, że mój chłop jest zaskoczony faktem iż nareszcie tak bezproblematycznie może znaleźć worek gdy tego potrzebuje. dotąd bywało z tym kiepsko bo nie wiedziałam gdzie te worki trzymać a rozwiązania nakazywały by chować je z daleka od oczu ludzkich. Ten worek na worki:) to co prawda część nieco innej już serii poduszek na taborety ze zwierzętami hodowlanymi ale w mojej kuchni pełnej różności komponuje się to z całą resztą jak najbardziej.
Lubię i już i co zrobię, że lubię jak po prostu przypadło mi wybitnie do smaku- a mowa o leczo. Danie inne nieco niż tradycyjny polski schaboszczak, ziemniaki i surówka, dosyć szybkie, na pewno proste i smaczne. Kabaczek, kolorowe papryki,cebula, kiełbaska, czosnek i pieczarki oraz pieprz, sól i przyprawy prowansalskie do smaku.
w tym leczo wyjątkowo nie było pieczarek sklep osiedlowy mnie zawiódł
Wczoraj było nasze ostatnie leczo tego sezonu-ostatnie bo złożyłam sama z siebie solenną obietnicę mężowi. Głupio mi się już przed nim zrobiło jak nałożyłam mu je na talerz po raz kolejny choć on leczo lubi i nie narzeka ale już sama tak siebie pytam- Katarzyno ile można? Więc good bye:( leczo nie bez żalu wprawdzie ale cóż-do następnego roku.
W czasie gdy chorowałam zmuszona wiele godzin do leżenia częściej sięgałam po lekturę, ona na mnie czeka jakby co w pogotowiu do wyboru zależnie od nastroju- na brak książek w domu nie mogę narzekać, czas dzięki temu szybciej mi upływał i dużo przyjemniej niż gdybym tępo gapiła się w sufit. Na szczęście prawie zupełnie już zdrowa podniosłam się przed weekendem z łoża, zrealizowałam nawet swe wyjazdowe plany sobotnio/niedzielne a dziś gdy tylko na chwilę zaświeciło słońce, rzucając światło na moje zbiory książkowe sfotografowałam naszą całościenną domową biblioteczkę.
domowa biblioteczka w pokoju pracy- zwanym przez nas także pokojem biurowym
poza książkami stojącymi grzecznie i po żołniersku na półkach regału, upchnęłam to co należy do mniej reprezentacyjnych papierzysk- czasopisma, broszury, zeszyty lub pojedyńcze kartki z zapiskami w pudełkach ikeowskich i segregatorach z podobnej serii kwiatowej
Kiedy wprowadzaliśmy się do tego naszego pierwszego mieszkania nie mając ani większej świadomości co tak naprawdę chcemy tu stworzyć, ani konkretnych wizji na jej zagospodarowanie, ani większych pieniędzy-mebel biblioteczny sklecony z płyt przez męża łączonych wprost na ścianie był pierwszą naszą wspólną małżeńską inwestycją. Każdy z nas miał do zabrania z rodzicielskiego domu tyle książek, gdzieś je trzeba było ulokować, tylko gdzie w tak małym mieszkaniu. Przyszedł nam więc pomysł na zagospodarowanie całej niewykorzystywanej zazwyczaj w domach wątłej przestrzeni za drzwiami do pokoju.
widok na biblioteczkę z przedpokoju
Zastąpiliśmy te skrzydłowe zrobionymi własnymi środkami - drzwiami suwanymi( kiedyś może do wymiany na jakieś bardziej eleganckie bo co tu kryć są bardzo skromne) a ta zbyt mało głęboka jak na konkretniejsze meble część pierwotnie za drzwiowa stała się wymarzonym miejscem na regał książkowy potrzebujący akurat zaledwie te 21 cm głębokości. Do dziś cenimy sobie bardzo ten nasz najpierwszy pomysł. Zawsze marzyłam by mieć taką swoją prywatną miniblibliotekę i mam w sumie bez czekania i niewielkim nakładem środków.
Dopadło mnie to po raz pierwszy w życiu, doznania fatalne, w większości dni od piątku leżę plackiem by móc to jakoś przetrwać.Przyszło nagle po podróży i z godziny na godzinę się nasiliło. Wiruje podłoga, ziemia pod nogami, cały świat się chybocze a ja funkcjonuję dosłownie od ściany do ściany. Pogłębione badania 3 specjalistów i diagnoza dzisiejsza neurologa - wskazują na zaburzenia błędnika. Wesołe doznania to to nie są niestety, dodatkowo mdłości no ale przynajmniej raz mam okazję doznać uczuć przejazdu kolejką w Wesołym Miasteczku, których dotąd się obawiałam. Kiedyś przypadkiem wyszły mi takie niefortunne poruszone foty, miałam je już wyrzucić ale jakże się nadają na tę sytuację. Mimo niedyspozycji postaram się coś tam wrzucić ze swojego mieszkanka jak znajdę tyle siły co w tym momencie na przykład.
W miejscach romantycznych wspaniale czyta się i chłonie romantyczne książki. Taka na przykład moja ulubiona pisarka czasów wiktorianskiej Anglii-Jane Austin, której powieści pełne niepowtarzalnego uroku działają na mnie jak balsam. Co jakiś czas gdy mam zapotrzebowanie na subtelność najwyższych lotów lubię do jej książek powracać. W podróż do Łazienek zabrałam właśnie Dumę i uprzedzenie, żeby w tak nastrojowym parku móc przysiąść i poczytać.
Ta piękna ławeczka otulona krzewem różanym z widokiem na pałacyk nieopodal, z zielonymi alejami drzew, wystrzyżonymi trawnikami, pięknie utrzymanym parkiem stala się miejscem wymarzonym niczym z jej powieści. Przysiadłam tam i zagłębiłam się w lekturze czując zapach róż za sobą i wyobrażając sobie, że zaraz otworzą się drzwi posiadłości do ogrodu i wybiegnie z nich zarumieniona Lizzie w pośpiechu otulająca ramiona szalem.