poniedziałek, 28 września 2009

Aktualności


Pytacie na priva i nie tylko- co u mnie...Milczenie jakoś chyba zawsze coś znaczy w moim przypadku...tym razem też ale o tym za chwilę...


Starałam się dotąd nie wspominać zbyt często o swoim ciążowym stanie i wielu zmianach, które zapoczątkowuje lub sprawia w naszym życiu ta nowa dla nas epoka. Jasne, że wiele się dzieje,że stopniowo inicjujemy wiele drobnych zmian w naszym życiu, począwszy od drobiazgów, po sprawy większej wagi.

Te jednak kilka lat doświadczenia braku, ten stały dotąd towarzyszący mi stan bólu za samym stanem ciąży nawet, za własnym dzieckiem uwrażliwiły mi serce na możliwe w sytuacji tym razem mojego spełnienia, odczucia innych kobiet- tych z nadal pustą dziuplą w brzuchu, dotąd nie zaznających odczucia nieśmiałego furkotu pisklęcych skrzydełek ćwiczących się do wylotu. To trudne nie doświadczać czegoś upragnionego czego bez problemu najczęściej doświadczają wszyscy inni. To bardzo, bardzo trudne...
Na skutek odwiedzin na moim blogu i tamtego postu spotkałam się w ostatnich tygodniach z odzewem wielu takich właśnie kobiet, opowiadających mi swoje historie bólu bezdzietności i męki czekania na dziecko-czekają wyobrażacie sobie czasem po 6,11,15 lat nadal wypatrując dla siebie nadziei, takich kobiet, małżeństw w cierpieniu jest tak wiele... aby ich nie ranić sobą obecną, trudno mi pisać ze swobodą o tych aktualnych odmienionych od tamtego okresu dla mnie sprawach.

Mąż często mówi, że przesadzam z tą empatią, że przypisuję innym nadwrażliwość jaką mam sama ale ja nie umiem tego zlekceważyć.
Chciałabym wręcz prosić by te dziewczyny, tutaj napisały, dały mi pozwolenie jeśli czują, że moja powściągliwość w tym temacie jest zbędna i udzieliły mi zielonego światła na dzielenie się od czasu do czasu szczegółami moich przygotowań do przyjęcia dziecka. Takie mam bowiem opory ze względu na ich uczucia by pisać o tym swobodnie, że no ciężko mi to przeskoczyć bez myśli, że może kogoś ranię..
Co do wydarzeń ostatnich...
Towarzyszyło mi w ostatnich tygodniach sporo silnych przeżyć-nowy rozdział w życiu wciąż oprócz niedowierzającej radości każdego dnia, odczuć i zaskoczeń płynących z wnętrza ciała , przynosi mi tak samo szczyptę lub garść niepokoju, zdarzyło się, że i dziki przestrach-czuję niekiedy jakbym niosła w swoich dłoniach cenną kryształową kulę a moje ciążowe dni wcale nie wiodą tylko po wygładzonych,zamiecionych, asekurowanych ścieżkach jak można by sobie wyobrażać na podstawie tego jak pokazuje się ten szczególny etap życia kobiety w zaniebieszczonych od błogostanu ciążowego magazynach dla brzuchatek. Perspektywa kobiety w tym stanie zmienia się kompletnie, moje wyobrażenia najbardziej rzetelne , opinie utwierdzone o tym stanie, duża wiedza medyczna od oczytania jak mi się zdawało po tylu obserwacjach innych bliskich mi kobiet, przeżywających swoje rozmaite ciążowe perypetie to wszystko co dotyka teraz na codzień, nie jest wcale takie znowuż przewidywalne, fizjologiczne, oczywiste, naturalne i proste. Bywa zaskakujące, niepokojące i oprócz spełnienia , które trudno podważyć bywa momentami takie trudne, bywa rozdziałem przeżyć naprawdę wytrącających wszystko z rąk.

Niosąc tak cenny nabytek można by się potknąć i go utracić, stłuc, zaprzepaścić i co wtedy myślę sobie często tak czysto po ludzku całkiem się zapominając w mojej trosce , a prawda jest taka, że jestem przecież zbyt mała i nieudolna na to by upilnować tylko swoimi heroicznymi nawet wysiłkami taki rzadki dar życia jaki został mi podarowany.

Ostatnie wydarzenia były takimi właśnie lekcjami dla mnie trudnymi ale uczącymi tej prawdy.Nie mam nad tym wszystkim kontroli.

Gdy już sądziłam że najtrudniejszy i najbardziej niepewny pierwszy trymestr ciąży mam za sobą, nieco odetchnęłam ale i tak oczywiście zachowując ostrożność, tę moją wyjątkową ostrożność osoby, która bardzo boi się, że pozytywne myślenie może z niej zakpić więc zawsze asekurującą się ostrożnym niedowierzaniem zdarzyło się to właśnie. Wzięłam zwolnienie z pracy aż do rozwiązania,Nie forsowałam się zupełnie, polegiwałam mnóstwo, dbałam o siebie maksymalnie i całe otoczenie mnie w tym wspomagało a mimo to 9 września usłyszałam nakaz lekarza zameldowania się nazajutrz skoro świt do szpitala na konieczny jak się okazało mimo mojego chuchania na siebie zabieg założenia szwu na szyjce w znieczuleniu ogólnym. Jasne, że bałam się o tę kruszynę we mnie-to jednak stresujące przeżycie, nie wiem czy takie uśpienie ma podobny na dziecko jak na matkę wpływ usypiająco- otumaniający ale nie czułam się dobrze jeszcze przez kilka godzin po wybudzeniu. Kilka dni poleżałam jeszcze na patologii poznając ciekawe historie łóżkowych sąsiadek, wypisano mnie z dobrymi prognozami. Wróciłam do domu z nakazem oszczędnego trybu życia a na początek mimo wszystko leżenia. Leżałam więc posłusznie, z całym przekonaniem dla dobra sprawy.

Tak minął spokojny tydzień, w sobotę też leżałam sobie jak zwykle jednym okiem skierowana w laptop zainstalowany przez męża na stoliku łóżkowym, tym samym na którym te słowa piszę teraz, drugim okiem wpatrzona w jakiś program telewizyjny gdy nagle poczułam wyraźne ciepłe plum... zamarłam, poszłam skamieniała z niepokojącego przeczucia sprawdzić co to, gdy zobaczyłam sporej wielkości kroplę krwi przeraziłam się. Nie zdążyłam przeanalizować możliwych przyczyn pojawienia się tej kropli krwi, gdy w następnych sekundach żywo czerwona krew zaczęła sączyć się ze mnie wartką strużką.

To były sekundy, panika, szalony strach, krew zaczęła ze mnie porządnie płynąć, pierwsze możliwe skojarzenie: Jezus Maria- ronię, drugie...łapiące się nadziei- może szew puścił. Mąż zadzwonił po pomoc. Położyłam się tak jak stałam w łazience na podłodze jakby chcąc zatrzymać w sobie tę krew i to dziecko jak najdłużej. Mężula biegał po mieszkaniu szukając książeczki zdrowia. W oczekiwaniu na pogotowie przez głowę przepływały zrozpaczone myśli: czy to już koniec mojego szczęścia, to tak miał wyglądać mój wielki cud, tyle miał trwać... oraz myśl jak wyrok- nigdy już przenigdy nie ośmielę się marzyć o własnym dziecku, to za bardzo boli...

Pudel Franek lizał mnie współczująco po twarzy nie rozumiejąc czemu tak leżę i jęczę zrozpaczona...Przyjechało pogotowie, znoszenie na noszach z drugiego piętra i moment, że niechcący nieomal by mnie zrzucono z tych noszy, wyścig do szpitala starą rozklekotaną karetką, uparte milczenie ratownika gdy tak potrzebowałam słów otuchy - samotność w najczystszej postaci, niepewność wszystkiego.

Najbardziej obawiałam się czy usłyszę jeszcze jego serce, serce mojego chłopczyka nadal bijące-to było jak czekanie na wyrok życia... biło jednak...To mnie podniosło wewnętrznie znacznie, jednak dyskomfort doświadczania takiego krwotoku w ciąży źle działał na moje dalsze emocje.

Rozważano rozmaite przyczyny krwawienia, których skutek mógł zaważyć przecież wciąż na życiu dziecka w kolejnych minutach. Myślano z początku, że może łożysko się odkleja, może sączące się wody płodowe wraz z krwią potem jednak stwierdzono dzięki usg i badaniom z dużym prawdopodobieństwem, że musiało chyba dojść do pęknięcia jakiegoś naczynia znajdującego się w pobliżu szwu. Nie sposób jednak było znaleźć tego miejsca bo świeża krew zalewała wszystko w ułamku sekundy. Oczyszczano mnie na bieżąco ze świeżych skrzepów by wypatrzeć cokolwiek, na darmo. Gdy nastąpił jednak moment, że lekarzom wydawało się, że opanowali wstępnie sytuację i nakazali bezwzględne leżenie i czekanie na efekt okazywało się, że nic podobnego pozycja horyzontalna jedynie łudzi oko a świeża krew sączy się i tak bez przerwy.

Zrobiło się po tych 10 godzinach krwawienia naprawdę nie na żarty. Lekarze zrozumieli, że o żadnym samoistnym skrzepnięciu mowy już nie będzie i że robi się niebezpiecznie. Brałam niestety od początku ciąży nakazane przez lekarza leki na rozrzedzenie krwi i to choć wspomagało ciążę dotąd, gubiło mnie w tej sytuacji. Nic nie zasklepiało się.

Urządziłam tam prawdziwą małą rzeźnię: krew kapała obficie po podłodze, spływała po nogach, wieloma strużkami. Bez utwierdzania mnie co jakiś czas sprzętem do usg i kontrolującym emocje spokojnym przemawianiem, że dziecko żyje i że wbrew pozorom człowiek wykrwawia się powoli chyba bym postradała zmysły z niepokoju i strachu.

Prognozowano zszycie żyły w kolejnym jak trzeba znieczuleniu ogólnym. Dla dziecka 20 tygodniowego to jednak potężne obciążenie tak raz po raz tydzień po tygodniu - narkoza. Po północy użyto wreszcie czegoś czego się ponoć nie robi w ciąży – tamponady uciskowej. Całą noc byłam pod czujnym okiem personelu w osobnej oszklonej sali, sprawdzano czy nie krwawię, mierzono mi ciśnienie co pół godziny, kroplówka, cewnik, basen, nakaz nieruszania się w łóżku przez ponad 24 godziny. Modliłam się wręcz na głos o ratunek. Udało się. Byłam jednak tak osłabiona tracąc około 450 ml krwi, że kolejne dni w szpitalu pomagano mi wstawać i dopełznąć do toalety. Litry soku z buraczków pite duszkiem i żelazo na odbudowanie krwi... pomagają, odzyskuję siły.

Jestem już w domu. Znów czasowy nakaz leżenia i tylko do wc.- wielkie ograniczenie swobody. Jednak doceniam bardzo ten obecny stan w domu bo były już przecież długie bezradne godziny zupełnego bezruchu, że nawet głowy nie wolno mi było podnieść z łóżka by się napić, a upokorzenie basenu na oczach innych było jedyną możliwą alternatywą .

W tym wszystkim najlepsze jest to, odnoszę takie wrażenie, że mój maluszek ruszając się od tamtych dni coraz intensywniej, żywotniej nic sobie z tego wszystkiego nie robi, żyje sobie w najlepsze po prostu. Czuję też, że Bóg chyba naprawdę potężnie chce dla mnie tego dziecka i daje mi na to namacalne kolejne dowody jakby w odpowiedzi na moją asekuracyjność i głupiutkie przeświadczenie, że sama mam jakąkolwiek władzę i kontrolę nad tym co się dzieje w tej ciąży.

45 komentarzy:

RMG pisze...

Przeczytałam jednym tchem, łezka mi sie zakręciła... Oby już było dobrze :) Życzę Ci tego z całego serca. Pozdrawiam serdecznie. R.

joanna pisze...

Serce mi na chwilę zamarło...
Przeżycie straszne dla Ciebie, ale ostatnie zdanie bardzo budujące.

Pozdrawiam cieplutko :)

Madziorek pisze...

życze dużo zdrówka i bedę dziś o WAS pamiętała przy wieczornej modlitwie.

Dag-eSz pisze...

Martwiłam się, bo nie pisałaś. Teraz czytając to widzę ile kobieta w ciąży czasem musi przecierpieć, nadenerwować się...
Nie jest złe pisanie z Twojej strony o swym szczęśiu, o etapach ciąży, nikt nie potraktuje tego jako "chwalenie się". Myślę, że kobietom, które nie mogą zajść w ciążę zawsze będzie sprawiał ból widok ciężarnych, czy matek z dziećmi. Ale myślę, że każda z nas zaglądająca do Ciebie życzy Ci jak najlepiej.
Cieszę się, że nic złego się nie stało. życzę Ci pogody ducha :) pozdrawiam :)

Anonimowy pisze...

znalazłam się na Twoim blogu przypadkiem i aż nie wiem czy miałam prawo czytać o tak intymnych przeżyciach, rzadko zdarza mi się az tak wzruszyć, jest dużo ludzi potrafiących wczuć sie w uczucia innych, dla mnie ta moja empatia jest czasem przekleństwem, bo podświadomie oczekuję zrozumienia od innych,ja miałam wielkie szczęście, urodziłam 3 miesiące temu córcię, bez której nie umiałabym żyć i co dzień modlę sie dziękując za to, że dane mi jest doświadczać macierzyństwa, dlatego trzymam za Ciebie kciuki i będę pamiętać o Was w modlitwie
pozdrawiam bardzo ciepło

Nettika pisze...

Życzę Ci z całego serca abyś już nigdy więcej nie doświadczyła takiego lęku ...teraz już będzie tylko radość . Pozdrawiam gorąco

paula_71 pisze...

Kamilo,nigdy nie przeżyłam tego co Ty doświadczyłaś.Po tym co przeczytałam,wiem jedno.Urodzisz zdrowe,cudowne dziecko.Zasługujesz na to.A ja będę za to trzymać bardzo mocno kciuki.

Jeżeli chcesz,ogłoś całemu światu,jaka jesteś szczęśliwa nosząc pod sercem dzidziusia.Masz do tego prawo.To jest Twoje szczęście,dziel się nim!

Ściskam,ale delikatnie,aby maluszek się nie denerwował :)

flora kreativ pisze...

MOJA DROGA IMIENNICZKO !!!
Przeczytalam twojego posta i doszłam do wniosku ,że niestety - ciąża to taki stan w którym nigdy nie można niczego przewidzieć...Pisze to z pełną premedytacja, poniewaz mój stan blogoslawiony płynoł spokojnie i bez zastrzeżeń a jednak podczas porodu przeżylam koszmar.....Dzięki Bogu moja Olinka żyje i ma już 5 lat.

GLĘBOKO WIERZE ,ŻE TY RÓWNIEZ URODZISZ ZDROWEGO ,RÓŻOWEGO BOBASKA I TAK JAK JA BĘDZIESZ SIĘ CIESZYŚ Z KAŻDYM DNIEM MACIEZYŃSTWA.AMEN

babibu pisze...

na pewno będzie wszystko dobrze! trzymam mocno kciuki za Ciebie i dzieciaczka:*

Katarzyna pisze...

Aż mnie zmroziło jak to wszystko przeczytałam
Nawet nie wiem co napisać.
Napiszę tylko tyle, że nadal będę WAS polecać opiece boskiej, żebyś mogła cieszyć się w pełni zasłużonym macierzyństwem.
Pozdrawiam i przytulam leciutko ofkors :)

kocia77 pisze...

zamarlam, bedzie dobrze- musi byc takie jak ty zasluguja na wszytsko co najlepsze !!!! wypoczywaj !!! rosnij w sile !!!!

zielonooka pisze...

zamarłam, przeraziłam się, serce mi zastygło i łzy cisnęły mi się do oczu, pomyślałam "o nie!!!!!!!!"....... doczytałam do końca i odetchnęłam
życzę Ci wszystkiego co najlepsze i oby taka sytuacja już nigdy nie miała miejsca.
wracaj do zdrowia, niech Twój maluszek zdrowo rośnie i prawidłowo się rozwija, niech przysparza Ci wiele radości każdym swoim ruchem, każdym szturchnięciem Cię w bok:)
Wszystkiego najlepszego!!!!!!!
Niech Bóg ma Was w swej opiece

Anonimowy pisze...

życzę zdrowia i aby dzidziuś juz był na świecie:)

nie jesteś sama, wszytko będzie dobrze:)

pozdrawiam
ania

EWCIA pisze...

Przyjęłam Twoje aktualności bardzo osobiście. Myślę że warto dzielić się z Twoimi przeżyciami z tego blogosławionego stanu, piękne, a czasem bardzo teudnego... Buziaczki i dużo łask.

ushii pisze...

biedactwo... tak bardzo chciałoby się Ci pomóc, a przecież nie mogę w żaden sposób. Tylko wspierać Cię duchowo mogę... ja głęboko wierzę, że urodzisz zdrowego i ślicznego dzidziusia!!! Bardzo, bardzo mocno trzymam za Was kciuki!!!

elisaday79 pisze...

Bardzo się wzruszyłam tym co napisałaś. I proszę...proszę pisz dalej-prowadź swój dziennik ciężarówkowy dla innych, którzy tez doświadczają jak Ty cudu długo wyczekiwanego macierzyństwa, trudów ciąży z komplikacjami, bądź takich którzy na doświadczanie mają nadzieję, a świadomość, że inne kobiety spotkał ten cud dodaje otuchy nadziei i wiary:)I dla takich jak ja...które chciały by bardzo,ale-wstyd się przyznawać-boja się nawet spróbować w obawie co będzie jeśli...Pamiętam o Tobie w modlitwie. I.N.

decomarta pisze...

Czytałam i płakałam, czekając na pozytywny koniec. Uff.... Ale miałam stracha!
Kochanie, bardzo się martwiłam tą ciszą, dobrze, że wszystko jest w porządku. Jesteś jedną z takich osób, które jak nikt inny zasługują na dziecko. Twój maluszek jest silny i bardzo kochany. Dziecko to czuje. Wierzę, że wszystko będzie dobrze, tak jak Ci pisałam wcześniej, gdy starałaś się o dzidziusia. A zatem - wierzę, że wszystko będzie dobrze!
Dobrze, że maluszek pobudzony, kopie, daje o sobie znać, jest energiczny. To dobrze rokuje :)

Pozdrawiam serdecznie! Trzymajcie się, dbajcie o siebie, dużo odpoczywajcie.

ivon777 pisze...

Witaj Kamilo !
Trzymałam kciuki za Ciebie, gdy zdawałs prawo jazdy, choc rzadko komentuje - co piszesz - często tu zaglądam. Nie raz cieszyłam sie Twoim szczęściem, smuciłam razem z Tobą... Jestes wyjatkową kobieta.
Tym razem - zamarłam...W pewnym momencie - aż bałam się czytać dalej... Okropnie boje sie o Ciebie, o Was. Ufam tylko, ze jestes w dobrych rekach, pod dobra opieka i bardzo chciałabym, by ten strach minął.
Z całego serca, ze wszystkich sił swoich życze Ci szczęśliwego rozwiązania. Popłyneły mi łzy - i jak zawsze to pytanie o doświadczaniach nas na zyciowych ścieżkach, o sensie całej tej wedrówki. Życie ma tyle barw, tyle dźwięków , tyle radosci i smutku. Przepedziłabym jednym gestem - wszystkie te obawy, które wędrują za Tobą. Wiem, jakim potrafia być ciężarem i wiem jak boisz sie cieszyc tym stanem - tak w pełni, gdy nagła obecna
sytuacja burzy spokój w jednej chwili . Przeżyłam patologie ciąży, ten strach nie jest mi obcy .
Czekam razem z Tobą, pozwolę sobie czekać na ten szczególny dzień.
Bardzo bardzo cieplutko Cię pozdrawiam

Kamilcia pisze...

Kamilko, też się martwiłam o ciebie, nawet dzis z rana postanowiłam, ze napisze, zapytam, co się dzieje, choć z reguły nie wykraczam poza blogowe kontakty z autorkami. Trzymam mocno kciuki za Was oboje, wierząc, ze teraz już do rozwiązania będzie w porządku.

Anonimowy pisze...

Po 5 latach swoich własnych starań rozumiem Cię doskonale i nie potrafię czytać tego posta bez łez w oczach. Trzymamy za was kciuki.
Buziaki.
Ida27

kopciuszek pisze...

Ojej, biedactwo. Odpoczywaj jak najwięcej, mam nadzieję, że najgorsze już za Tobą.

monique pisze...

Czytam i łzy ciekną mi po policzkach ... dokładnie wiem co czujesz..
ja po 1 bezproblemowej ciąży i 2 poronieniach po niej też noszę pod serduszkiem małego pisklaczka i każdego dnia, każdej minuty umieram ze strachu o niego.. tak bardzo boję się każdego dnia, każdego badania czy dane mi będzie ciszyć się pierwszym krzykiem tego maleństwa .. dlatego musimy być silne i wierzyć że będzie dobrze, całuję mooocnoooo i trzymam kciuki !!!

greglis pisze...

Kamilko, trzymaj sie dzielnie i czule przemawiaj do ktosia :), przed Wami wiele szczęśliwych lat a tych ciężkich chilach zaraz zapomnisz :)

Izka pisze...

wszystko będzie dobrze! rozumiem dokładnie Twoje obawy, bo 6 lat temu przechodziłam dokładnie to samo.W 23tygodniu trafiłam do szpitala, leżałam 2 tygodnie zanim założono mi szew, po kilku dniach pobytu w domu zaczęłam krwawić, lekarz z którym byłam w telefonicznym kontakcie kazał natychmiast jechać do spitala. Okazało się, że dziecko, które było ułozone pośladkowo przestawiało się, a poza tym coś zrobiło się ze szwem i dlatego zaczęłam krwawić, cała ciąże byłam na lekach fenoterol co 3 godziny. Pocieszę Cię,że po zdjęciu szwu poród szedł błyskawicznie i bezboleśnie- prawie nie zdążyłabym do szpitala.MArysia urodziła się w 32 tygodniu, mieliśmy trochę kłopotów z zerduszkiem, ale na szczęście wszystko szczęśliwie się skończyło. Dziś ma 6 lat, chciałabym bardzo mieć 2 dziecko, ale strasnie się boje, bo lekar powiedział, że gdybym nie miała założonego szwu nigdy bym ciąży nie donosiła. Zobaczysz wszystko będzie o.k, wypoczywaj i dbaj o siebie.

Anonimowy pisze...

Wszystko będzie dobrze!Oddaj swoje dzieciątko Matce Najświętszej pod opiekę i jestem pewna ,ze będzie dobrze Polecam też Nowennę Pompejańską ,jest to cały różaniec odmawiany przez 54 dni .Trzy nowenny błagalne i trzy dziękczynne Jeśli wpiszesz w wyszukiwarce to w "Niedzieli" jest dokładny sposób odmawiania,są tam dwa artykuły.Mówi się o tej nowennie nie do odparcia Oczywiście jest tez więcej na ten temat w sieci Pozdrawiam serdecznie Beata

ika pisze...

Oj Kamilko, nie strasz nas już tak więcej, od tej chwili chcemy tylko dobrych wieści :)
Na ile to możliwe ściskam Was gorąco i życzę aby czas ciążowy przynosił same radości. Trzymaj się ciepło...

Dorota pisze...

Trzymam za Was kciuki! Też jestem w ciąży, też czekałam na nią z bijącym sercem. Życzę, aby wszystko było już dobrze!

Kamila pisze...

Dziękuję Wszystkie moje Kochane za Wasze ciepło i troskę, pociurkało mi po polichu ze wzruszenia po tylu i taaakich słowach.Odliczam w tej ciąży każdy dzień dosłownie każdy traktując jako mały sukces,to co piszecie dodaje mi siły i nadziei w tym czekaniu...

Lena pisze...

Alez mnie wystraszylas... uff. Mam nadzieje, ze teraz juz wszystko bedzie dobrze.
Duzo zdrowka i spokoju, pozdrawiam serdecznie!

Basia pisze...

Witaj Kamilo!
Przeczytałam to,co napisałaś i musiałam się troszeczkę zastanowić co napisać,bo strachu nie da się rozwiać żadnymi pocieszeniami,oczekiwania żadna z nas nie przyspieszy,a życie i los nie wiadomo co mają w zanadrzu.Ale napiszę Ci coś,co powiedziała mi moja szwagierka w chwili gdy dowiedziała się,że ja noszę w sobie takie maleńkie Ziarenko (która nie może mieć swojego wymarzonego potomka).Wierz mi,nie wiedziałam jak oznajmić tą radosną nowinę komuś,kto sam nie może tego przeżyć,a usłyszałam chyba najpiękniejsze słowa w życiu,że DOSTAŁAM OD ŻYCIA TO,CO NAJPIĘKNIEJSZE I NAJLEPSZE!!!
Kamilo,gdy miałam 18 lat dowiedziałam się,że nie będę mogła mieć dzieci,w trakcie kolejnych lat,każda wizyta u ginekologa kończyła się tym samym stwierdzeniem,przez 8 lat małżeństwa nie pojawiła się na świecie mała kruszynka,która wniosła by radość i uśmiech do mojego życia wypełnionego pracą i innymi priorytetami,ale małżeństwo się wypaliło,pozostały wspomnienia,a teraz,gdy mam 34 lata jestem szczęśliwą mamą dosyć rozgarniętej dwójki: trzyletniego Franciszka i rocznej Marysi.
Bóg ma w stosunku do nas własne plany i trzeba to uszanować!
Pozdrawiam Cię z całego serca,pogłaszcz swój brzuszek i wciąż się uśmiechaj.Nie miej oporów przed radością,chwal się swym stanem,bo nie ma nic piękniejszego od czucia,że rośnie w Tobie takie maleńkie cudo-dar od Boga,bo ja uważam,że Dzieci są rzeczywiście OWOCEM MIŁOŚCI.Gdy Bóg widzi,że ta nasza ludzka miłość ma sens i dobre podstawy,to nagradza nas ludzi tymi Drobinkami,by Im przekazywać nasze tajemnice- ludzkie i nieco zawiłe.
Basia

somka pisze...

choc ból w sercu mam wciąż ogromny, to nadal walczę i tym samym , mimo wszytskiego jestem całym sercem z Tobą i szczęśliwym scenariuszem.... ciesz się z tego co dał Ci Bóg i nie zważaj na innych.

Anonimowy pisze...

Hej, kiedyś poruszyło mnie bardzo, gdy napisałaś o doświadczaniu macierzyństwa poprzez tęsknotę za nim. To były dla mnie bardzo ważne słowa.
Sama nie mam dzieci i pewnie za bardzo nadziei w tym względzie mieć nie mogę, ale z całego serca cieszę się, gdy inne kobiety mogą doświadczać tego cudu, jakim jest ciąża. Życzę Ci bardzo serdecznie wszystkiego co najlepsze i Twojemu Maleństwu też.
A ból bezdzietności hmm on jest zawsze, gdzieś w sercu, ale sprawia mi przykrość, gdy ktoś mówi - co ty tam wiesz, skoro nie masz dzieci, albo że "życie bez dzieci jest nic nie warte" cytat dosłowny, a nie gdy ktoś dzieli się szczęściem oczekiwania na upragnione dziecko.

kopciuszek pisze...

Ja do anonimowego z wpisu powyżej. Czasami mam wrażenie, że ludzie to potwory, nie zdają sobie sprawy, jak swoim nietrafionym osądem mogą kogoś zranić. Sama tego doświadczyłam pisząc bloga (dokładnie takie słowa ktoś mi napisał), więc wiem co czujesz, słysząc coś takiego.

ALEXA pisze...

Droga Kamilo...
Zaglądałam do Ciebie ukradkiem od dłuższego czasu. Twój post o upragnionej ciąży, którą wymodliłaś spowodował u mnie lawinę łez. Cieszyłam się Twoim szczęściem, zaglądałam w nadziei na kolejne radosne posty.
Bałam się tego milczenia...
Bałam się nawet napisać, by w odpowiedzi nie przeczytać o złych wieściach...
A jednak.
Moja droga, pragnę wierzyć, że już najgorsze za Tobą. Oszczędzaj się każdego dnia, każdej minuty, każdej sekundy.
Jestem z Tobą. Ściskam Cię bardzo serdecznie.
I obiecuję, pomodlę się za Ciebie i Twoje maleństwo.

blog niedzielny pisze...

nie bede komentowac ani ubolewac nad kobiecym nieszczesciem ,ZYCZE CI WSZYSTKIEGO DOBREGO I SZCZESLIWEGO KONCA CIAZY

Kamila pisze...

Dzięki:) o kobiecym nieszczęściu jednak nawet mowy tu nie ma to po prostu nieco nieoswojony jeszcze kształt ścieżki spełnienia.

Anonimowy pisze...

wzruszający, szczery, osobisty post. życzę p.Kamilo aby każdy dzień przynosił już wyłącznie dobre nowiny.

Anna pisze...

pozdrawiam i jak zawsze trzymam kciuki ! coś na Ciebie czeka na moim blogu :) bądź dzielną mamusią !!

madak pisze...

Kamilo krwawiłam, leżałam 3 miesiace, brałam leki, słuchałam lekarzy a mój synek i tak postanowił urodzić się w 32 tygodniu ciąży a wiec prawie 2 miesiace przed terminem. Do dzis jest bardzo szybki, bystry i nie lubi na nic czekać, takie to typy. Czas ciąży to taki czas dla mamy kiedy może się przygotować do macieżyństwa, oswoić. Ty poprostu zostałaś pełnoetatową mamą ze wszystkimi lękami i troskami o dziecko dużo wcześniej. Trzymaj się! Będę do Ciebie zaglądać.

papillon pisze...

Ponad rok temu dowiedziałam się, że będę miała poważne problemy z zajściem w ciążę. Od tego czasu każda ciąża, każde dziecko, każdy powiększony brzuch, które widzę roztkliwiają mnie. Tkwi we mnie ogromna obawa, że nigdy nie przytulę swojego, biologicznego dziecka. Myślę, że wiele zależy od natury, ale i od wsparcia... bliższych i dalszych nam przychylnych osób :) Posyłam całej Waszej Trójce dużo pozytywnych i ciepłych myśli :) Pisz częściej :)

gosiulaart pisze...

To są najpiękniesze chwile,kiedy oczekujemy maleństwa i życzę ci również by dzidziuś urodził się zdrowy o właściwej porze.
Ja po pierwszym poronieniu,zdałam się na wolę Boga i urodziłam dwóch zdrowych synków.Nikt nie zna zakończenia,ale po takiej próbie jaką przeszłaś myślę,że wszystko już będzie dobrze.

Nela pisze...

Myślę sobie moim małym rozumkiem, że jesteście wspaniałymi rodzicami. dużo błogosławieństwa życzę:)

Kamila pisze...

dziękuję, dziękuję, dziękuję... uśmiecham się i myślę ciepło o autorze i słowach każdego komentarza

Justyna pisze...

Kamilko, łzy wzruszenia zakłucają moje myśli i trudno jest mi napisać jakieś mądre słowa pocieszenia. Sama czekam na swoją kruszynę i odliczam dni do rozwiązania. Dość długo czekałam na ten cud i podobnie jak Ty drżę o swoje maleństwo każdego dnia. Bądź dzielna, wierzę, że wszystko co trudne jest już za Tobą. Przytulam ostrożnie Ciebie i dzidzię.

Huanita pisze...

Życzę Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego dobrego.Niech dobry Bóg ma Was w swojej opiece. Ofiaruje w Waszej intencji Az do rozwiązania codziennie dziesiątkę różańca.
Pozdrawiam serdecznie.