niedziela, 10 stycznia 2010

Koniki na biegunach

Kilka lat temu w okresie przedświątecznym zrobiłam to zdjęcie komórką za zgodą sprzedawczyni sklepiku z pięknymi nastrojowymi przedmiotami i mieszankami herbacianymi sypanymi na wagę.

Do wejścia do sklepu zachęcił mnie właśnie jeden z takich koników stojących na wystawie, wśród pomysłowo splecionych w zwisającą aranżację przestrzenną luźnych gałązek choinkowych rozmaitych gatunków z nanizanymi na nie suszonymi plasterkami owoców jabłka i pomarańczy, czerwieniącymi się kuleczkami jarzębin. Na marginesie tamta świąteczna dekoracja wystawowa zostanie mi na długie lata w pamięci, tak była nietuzinkowa.

Pamiętam, że spędziłam w owym sklepiku oparta o ladę zagadując panią, ważac swoje pragnienie na szali rozsądku i potrzeby i robiąc tym samym sobie i jej nadzieję na kupno takiego retro konika -chyba z dwa kwadranse. Zachwyciły mnie.
Koniki- rękodzieło indonezyjskie, obecnie już dość często spotykane w domach pań ceniących klimatyczne wnętrza, były wtedy zupełną nowością.
Tak przemożnie kojarzyły mi się z jakąś magiczną atmosferą dekoracji świątecznych czynionych pod uciechę najmłodszego pokolenia, w starych domach edwardiańskich,.
Postawić przy nich jeszcze drewnianego, polichromowanego dziadka do orzechów i już scena niczym z tej czarownej opery.
Już wtedy jednak miały swoją cenę a i dziś je mają...
Toczyłam w sobie walkę by mieć takiego rumaka na biegunach i stworzyć niezapomniany wyjęty z krainy snów dziecięcych nastrój wokół naszej domowej skromnej, małej choinki obwieszonej jak co roku drewnianymi zabaweczkami.
Wykonałam telefon do męża, usłyszałam kilka szczerych zdań sprowadzających mnie na ziemię, mimo wszystko jak zawsze-dodatkową frazę - jeśli bardzo chcesz Kochanie to kup...Rozsądek ta szczypta, w którą i ja zostałam uposażona wzięły jednak górę i nie kupiłam.
Marzenie o tym koniku wygasło na czas jakiś.
Widziałam identycznego konika potem w domu jednej z blogerek, wiedziałam, że pojawiają się w sklepikach rokrocznie.

Mam mimo wszystko widać jakąś niewytłumaczalną słabość co roku w okresie świąt Bożego Narodzenia do motywu konika na biegunach, w sumie nie wiem dlaczego... rozumiem przecież, że o czym innym są te święta ale konik na biegunach powraca do mnie niczym wspomnienie z dzieciństwa gdy to miałam takiego własnego pluszowego konika bujanego. Do dziś nie wiem jaki los potem go spotkał. Może odszedł w niepamięć razem ze strychem mojego św. pamięci dziadka, który jest już zamieszkany przez pewną skromną rodzinę. Tam jako nastolatka widziałam go po raz ostatni.
Zeszłego roku dla przyniesienia sobie ulgi w tęsknocie za tym indonezyjskim sprezentowałam sobie znów konika na biegunach jednak nie białego dostojnej wielkości , a małego w sam raz na półkę w kolorze starego złota.



I znów nawet w tym roku tuż przed świętami mimo, że mój umysł zaprzątnięty jest daleko ważniejszymi sprawami oczekiwaniem, niepokojeniem się o ciążę, radością dopadł mnie obłędnie wbrew rozsądkowo dziki schiz pod nazwą "konik", konik na biegunach !!!

Tym razem ucząc się coraz doskonalej obchodzić sprytnie naokoło swoje dzikie żądze znalazłam rozsądny wybieg- nie dla mnie byłby to konik- dla synusia- i tym razem był to rzeczywiście konik na biegunach do bujania się dla dość już wyrośniętego chłopca.
Tu jednak zgromiłam się znowu, że tak dalece wybiegam w przyszłość bo przecież mój ułanek , który sam kopie jak konik siedzi nadal w brzuchu i daleko mu jeszcze przez długi czas do dosiadania koników bujanych.

Zaniechałam na szczęście, choć piszę to z nieprzekonaniem w sercu, szaleństwa wciskania do domu pękającego i tak już w szwach, jeszcze kopytnego stwora na płozach - dwa razy większego zresztą od jednego z moich psów....nawet tak pięknego jak ten, bo dokładnie ten pokazany poniżej mnie zachwycił. Kiedyś będzie na to czas by sprezentować dziecku ale nie teraz, kobieto nie teraz. Czy rozumiesz?


Pocieszyłam się natomiast bo pociechy jakiejś w temacie koni na biegunach doznać musiałam w ten świąteczny czas taką niezajmującą wiele miejsca piękną fotografią chłopca na koniku z roku ok. 1910, upolowaną na aukcjach starych fotografii.


Jakie było moje zaskoczenie gdy tego roku wśród wigilijnego spotkania pośród szelestu wypakowywanych prezentów dostałam od mamy niespodziewanie wprost do łóżka bo spędzałam wigilię na modłę rzymską -swoje marzenie sprzed kilku lat....
W tym roku najwidoczniej hahhaaa konikomania dopadła moją mamę bo gdy zobaczyła indonezyjskiego konika w sklepie MDM kupiła sobie go dla uciechy oka, a przy okazji ponieważ już wiedziała, że ma u mnie szlaban na kupowanie mi swetrów zimowych, co czyniła rok w rok w okresie Bożego Narodzenia doprowadzając do niedomykania się mojej szafy-sama z siebie, nie wiedząc o mojej dawnej i obecnej fascynacji konikami wpadła na pomysł by uszczęśliwić mnie tym razem takim oto konikiem.



zdjęcia fociłam niestety nieumiejętnie z łóżka więc jakość naprawdę kiepska

I uszczęśliwiła mnie, a jakże.

9 komentarzy:

Mój magiczny świat pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
lechovski pisze...

...ze wszystkich dziecięcych przygód konik na biegunach jest chyba najbardziej niezwykły...

ika pisze...

Piękny, bajeczny, cieszę się, że Twoje marzenie się spełniło :)
Pozdrawiam cieplutko

enchocolatte pisze...

ja też mam sentyment do koników zwłaszcza na biegunach. i gdybym tylko takiego spotakła już by był mój!
E.

Kaprys pisze...

Jak to nigdy nie wiemy, kiedy i kto spełni nasze skryte marzenia... Aż zrobiło mi się cieplutko,jak doczytałam Twój wpis do końca :)
Konik naprawdę urokliwy !!!
Napewno będzie się dobrze prezentował w domowych aranżacjach.
Pozdrawia i życzę zdrówka Agnieszka

Gonia pisze...

Tak pięknie zawsze piszesz...uwielbiam czytać Twoje posty. Czytałam o konikach tak wnikliwie, że i mnie samej udzieliła się radość z posiadania przez Ciebie tego pięknego konika :-) Pozdrawiam cieplutko.

decomarta pisze...

Piękny ten konik! Marzenia się spełniają :) A muszę Ci też powiedzieć, że zdjęcie z paska bocznego,to w satynowej sukience, jest śliczne! Brzuszek jak ta lala :D

babibu pisze...

wspaniały!!

elisaday79 pisze...

Najbardziej niesamowite jest to, że to dokładnie ten sam konik, którego sobie wymarzyłaś...nie "jakiś tam konik" tylko ten sam.To jest szokująco-intrygująco-niezwykłe.I piękne, że nasze marzenia się spełniają. Ech marzenia...marzenia....pomagają nam żyć, mieć cel:-)Nawiasem mówiąc też lubię koniki na biegunach...sama nie wiem dlaczego...Nigdy nie miałam swojego własnego, ale w przedszkolu był taki konik, którego zawsze z pewnym kolegą zajmowaliśmy dla siebie i radocha z tej wspólnej zabawy-jak wspominam- była nieziemska:-)

PS Gdy przeczytałam Twój post o konikach na biegunach to się tylko uśmiechnęłam ciepło...a dlaczego-dowiesz się już niebawem;-)))