czwartek, 15 stycznia 2009

Dzisiejsze moje nocne perypetie

Gryzę się czy powinnam to opowiadać. Ech pewnie nie powinnam ale zaryzykuję. Zaledwie kilka dni temu mój drogi małżonek wychłeptał cały zapas wody święconej a już tej nocy stanęłam z nim w szranki kto bardziej jeszcze potrafi się wygłupić. Po zajściu dzisiejszym do popołudnia prawie nie mogłam ochłonąć z emocji i pozbyć się wciąż palących policzki pąsów zażenowania.
Najczęściej wypowiadany dziś przeze mnie wyraz to: „masakra”, „masakra”, „masakra” na myśl o moich poczynaniach.

Pamiętacie zapewne, że niespełna miesiąc temu odebrałam swoje prawo jazdy- rzetelnie wypracowane, mozolnie osiągnięte, wyjeżdżone, zajeżdżone wręcz prawie, tyle włożyłam w to wysiłku by zapanować nad pojazdem w przestrzeni i co trudniejsze nad sobą w pojeździe.

Od tego czasu zrobiłam kilka okrążeń po okolicy, z dwa razy wybrałam się z mężem samochodem na dalsze eskapady po mieście, na drogi licznie uczęszczane, ruchliwe, zakorkowane. Emocje były wielkie bo świadomość, że mąż choć rangą wyższy, to jednak nie jest moim instruktorem, który nauczony doświadczeniem przez kursantów, stopą już niemal rutyniarsko stale wisi nad hamulcem, świadomość ta robiła swoje. Mimo to przeżycie było do pokonania. Co dwie głowy to nie jedna nawet i bez drugiego hamulca.

Dziś zaś w nocy nadarzyła się okazja/ konieczność ale i wyzwanie jazdy samotnej. Nawet się ucieszyłam bo warunki były specjalne, w sam raz jak dla świeżego kierowcy pierwszy raz będącego samodzielnie na drodze.
Miałam odebrać męża z dworca w Gdańsku o godzinie 3.22 a więc w samym środku nocy. A jakiż to ruch jest w nocy? Znikomy. Mężula zapewniał solennie, że nie minie mnie po drodze na dworzec więcej niż 10 samochodów, więc nie mam się czego obawiać . W sumie jak teraz liczę to w tym rozrachunku się zmieścił.
Stwierdziłam, że przejechanie tych 13 km na pustej drodze nie powinno stanowić problemu. Przezornie jednak nakleiłam swój trójkąt ostrzegawczy z listkiem ala klon lub w swobodnej interpretacji marihuana i napisem informującym„ uwaga świeży kierowca” a i owszem byłam tuż po kąpieli- ten napis- to dla mnie takie zastępcze L.



Ledwo co, bo technika mnie tu nieco przerosła odchuchałam szyby, zagrzałam samochód, i ruszyłam. Jechałam, jechałam, zakręcałam pokonując metr po metrze, mimo wszystko z duszą na ramieniu, mimo wszystko przełykając co chwila nerwowo ślinę, w końcu po raz pierwszy jechałam sama swoim samochodem przez bądź co bądź pokaźne miasto i w dodatku nocą.
Szyba mi zaparowywała co chwilę przez pewne moje techniczne niedopatrzenie więc o ile od zewnątrz wspomagały szybę wycieraczki, to od wewnątrz zaś w trakcie jazdy nieudolnie przecierałam ją... łokciem.

Tuż przed zjazdem w uliczkę dworcową czekało mnie pokonanie bardziej zaawansowanego w trudności skrzyżowania. Ale cóż to za problem skoro znałam to skrzyżowanie na pamięć. Nie było jazdy na kursie żebym przez nie nie przejeżdżała. Aby więc skręcić w lewo przez skrzyżowanie, zmieniłam pas na lewy, wrzuciłam kierunkowskaz, zmieniłam bieg, lekko tocząc się przed torami mimo wszystko upewniłam się czy tramwajarzowi nie zachciało się wybrać na samotną nocną przejażdżkę.

Wtedy to nastąpiły wypadki dalsze - samochód mi nagle stanął, jak wryty nerwowo i bezmyślnie zmieniam bieg na pierwszy, nic, patrzę no a jakże zgasł na samym środku ulicy, zgasł tuż przed torami. Nie chciał mi zapalić. Wtedy zobaczyłam o zgrozo, że jak rekin wygłodniały do rannego delfina zbliża się ku mnie policyjna drogówka, zbliża się i jest o metr, zastawia mi samochód, staje.Patrzy na mnie parą czworga oczu. A ja walczę w tym czasie nadal z uśpioną maszyną. gestami dając im do zrozumienia, że to nic, że jak mi pozwolą opanuję sprawę. Znajduję się twarzą w twarz z dwoma policyjnymi fizjonomiami. Jedna z nich wyraźnie zaskoczona, męska, brzydka, niezadowolona, druga kobieca, łagodniejsza, lecz na razie nieodgadniona w zamiarach. Policjantka wysiada z wozu.
Ja natomiast czuję, że moja kariera kierowcy mimo, że ledwo co rozpoczęta właśnie dobiega końca. Otwieram drzwi i już z metra do niej wołam strwożona nie na żarty nieprzyjemnym spotkaniem z władzą, przecież to mój pierwszy incydent z policją w życiu całym, że samochód po prostu mi zgasł, że nie obyta jestem z tym nowym dla mnie wozem i nie mogłam odpalić, że zaraz sobie z tym poradzę i odjadę spokojnie.
W tym odczuciu dziecięcej wręcz bezradności dalej tłumaczę policjantce przejęta, że to moja pierwsza jazda samotna, mój najpierwszy raz więc wielkie emocje i stres, że męża jadę odebrać z dworca, że, to i że...no po prostu spanikowałam, zgłupiałam z tego przejęcia a jeszcze jak zobaczyłam ich to w ogóle zeżarł mnie stres, stąd nie mogę odpalić.
Ona na to głosem spokojnym, zrównoważonym niczym psychoterapeuta: ” samochód pani zgasł to prawda, ale niech pani popatrzy, rozejrzy się- pani wjechała za wcześnie, w złą drogę i chciała jechać pod prąd.” "Cooooo???"myślę sobie. "Nie może być, ja pod prąd, ja nigdy!!!" zaprotestowałam w duchu.
I owszem w tym zaślepieniu pojechałabym dalej pod prąd pewnie kilka dobrych metrów i może ich minęła nawet wybałuszających oczy ze zdziwienia, gdyby mi samochód nie zgasł bezczelnie...zbawiennie. Na szczęście zgasł przed torami. Nie mogłam niemal uwierzyć w swoje zachowanie bo skrzyżowanie to znałam po prostu wybitnie.
Naraz moja świadomość powróciła, zobaczyłam resztę krzyżówki i swój błąd, wręcz ewidentny błąd. Błąd krzyczący oburzeniem! Chciałam jechać pod prąd!!! Chwilowe niedotlenienie mózgu jak nic, pomyślałam bo co innego?

„Proszę mi nie robić krzywdy, nie róbcie mi krzywdy proszę, nie wlepiajcie mandatu, proszę nieeee"- usłyszałam swój błagalny, zrozpaczony głos .
Poważnie, nie wiem czemu tak idiotycznie formułowałam prośbę o wyrozumiałość ale tak to dokładnie powiedziałam.

W policjantce zresztą niewiele starszej ode mnie odezwały się chyba instynkty macierzyńskie, rozbrojona została ewidentnie, zaczęła dobrotliwie do mnie przemawiać: "spokojnie, niech się pani nie denerwuje, spokojnie, nie za-mie-rzaa-aaaaaaamy pa-ni skrzy-wdzić, chce-my tyyyylko po-móc. Wycofa pani trochę samochód, tak? Pojedzie za tę wysepkę, widzi pani ją, o tam? Zobaczy pani czy nic nie jedzie z prawej, jakby co przepuści ich pani i pojedzie sobie dalej, spokojnie tą ulicą i skręci następnie w uliczkę w prawo do dworca. Tak?".
"Dobrze, tak".
Byłam zaskoczona, zamiast wlepić porządną karę dawała mi instrukcję jak mam się dalej na drodze zachować. Kierowała mnie na dobre drogi z troską o moje dalsze bezpieczeństwo niczym mój własny anioł stróż.
Co więcej nie sprawdziła nawet moich dokumentów, nie kazała chuchać w alkomacik, pozwoliła jechać wolno. Policjant z samochodu, ten z oszołomioną miną, nie wysiadł za mną, nie podważał decyzji owej policjantki.

Upokorzona własną ignorancją drogową, zmartwiona napadami niedotlenienia mózgu w tak młodym wieku, oszołomiona miłosierdziem policji, niedowierzająca, że nadal mam prawo jazdy w jednym kawałku bez mandatu za 1000zł i punktów karnych odjechałam na dworzec.

15 komentarzy:

aagaa pisze...

Nie gniewaj sie ale tak barwnie to opisałaś,że po prostu sie uchachałam....REWELACYJNA relacja...A nerwy i stresy za kierownicą przechodzą jak się cały czas jezdzi,ćwiczy...Ale policjantka -marzenie kobitka..Oby więcej ich na drogach takich wyrozumiałych było....Tego tobie ,sobie i wszystkim kierowcom zyczę....Buziale....

Kamila pisze...

no po to to piszę żebyście sobie humory ta późno wieczorową porą poprawili:)

greglis pisze...

Qurcze alle stres ale pomyśl że teraz to już z górki. Pierwszy samodzielny wyjazd i spotkanie z policją na pierwszej randce :)))
Tylo teraz łatwo mi pisać, a sama już za niedługo będę musiała też wsiąść do samochodu. A prawko robiłam 10 lat temu i od tamtej pory ani razu nie wsiadłam za kierownicę. teraz pomyśl sobie że jednak masz lepiej :)))

Keri pisze...

No niezła historia, opowiedziana genialnie!

decomarta pisze...

:))))) Uśmiałam się, ubawilam setnie :)
Nie potępiam, nie wyśmiewam, znając siebie i moje zdolności pewnie zrobiłabym coś podobnego. U mnie takie niedotlenienia mózgu zdarzają się nader często...
Poćwiczysz, pojeździsz i będzie ok :)

stula pisze...

masakra!
ale tak to jest na początku.
ja jeżdżę już 12 rok i uwierz mi po tylu latach to pikuś!
cudnie to opisałaś!

aneta pisze...

hihi rewelacja! ale sie usmialam :) pierwsze koty za ploty :D teraz bedzie juz tylko LEPIEJ :))) powodzonka :)

Madzia pisze...

Historia "drogowa" opowiedziana rewelacyjne...aż się do siebie uśmiechnęłam:)))
Dziewczyny mają rację będzie coraz lepiej!
Pozdrawiam

Aga pisze...

:):):)

Anonimowy pisze...

Witaj Kochana:)
Hmm ale mialam pąsy na buzi czytając Twoje przeżycia..czułam się niemal za kierownicą z Tobą - mimo, iż nie mam prawa jazdy...

Anioł Stróż nie opuścił Cię w potrzebie:)


Zabiegana Mama

katje pisze...

Wprost fenomenalnie opisane!
Pozdrawiam
Kasia

Anonimowy pisze...

Tez sie bardzo, ale to bardzo balam jezdzic na poczatku i w sumie ciagle cos z tego strachu zostalo. A historia jest dla mnie dowodem, ze masz wspanialego Aniola Stroza ;)

Maja

Alicja pisze...

Uwielbiam Twoje pisanie:))))
Wszystko dobrze co się dobrze kończy i nie tacy policjanci straszni:))
Kto prowadził w drodze powrotnej z dworca?
Buuuuziaki,
A.

Kamila pisze...

Maju tak mój anioł stróż jest the beściak:)
Alicja ja prowadziłam, skoro przeżyłam nawet i to to jazda w towarzystwie i opiece męża to już była przed tą 4.00 pestka.:)Kolejne 13 km już bez przygód.Ale o takiej godzinie nocnej minęłam 3 patrole policyjne, czy też oni spać po nocy nie mogą czy co?;)

joanna pisze...

Jak cudownie będzie to wspominać za jakis czas :))